Monthly Archives: Grudzień 2011

„Generał” w kinach! Recenzja

Gdy przed parunastoma miesiącami w kinach pojawił się „Niepowstrzymany”, publiczność zgodziła się z krytyką: Tony Scott jest jednym z najlepszych rzemieślników w Hollywood. Zasłynął już wprawdzie za sprawą „Top Gun”, „Gliniarza z Beverly Hills 2” czy „Człowieka w ogniu”, ale dopiero film o rozpędzonej lokomotywie należycie przypieczętował jego wcześniejsze sukcesy.

Bo jeśli z pędzącego po szynach pociągu potrafił Scott uczynić emocjonujące widowisko, może to zrobić ze wszystkim innym. Ot, mistrz, kropka. W zachwytach nad „Niepowstrzymanym” zapomniano jednak, że poczciwy Tony nie jest na tym polu żadnym rewolucjonistą. Podobny film nakręcił już 83 lata wcześniej (!) Buster Keaton. I zrobił to w czasach, kiedy publiczność nawet nie marzyła o panoramicznym obrazie, wielokanałowym dźwięku, dynamicznym montażu i komputerowych efektach specjalnych.

„Generał” to film o uciekającym pociągu. Głównemu bohaterowi, maszyniście, skradziono… lokomotywę, tytułowego Generała. Poszkodowany nie daje za wygraną: ściga rabusiów na piechotę, drezyną, na rowerze, a w końcu drugą lokomotywą. Pościg trwa przez cały film (ponad półtorej godziny!), z każdą sekundą stając się jedną z najbardziej złożonych i spektakularnych sekwencji tego typu w historii kina.

Keaton, wybitny aktor komediowy, reżyser i scenarzysta, który przyszedł na świat w tym samym roku, co ruchome obrazy, nigdy nie zdobył popularności na miarę Charliego Chaplina, choć to właśnie jego filmy z dekady na dekadę coraz lepiej opierają się presji przemijającego czasu. Jak napisał o nim przed laty niezastąpiony Roger Ebert, „Keaton to przybysz z przyszłości w świecie niemych klaunów”. W „Generale” znajdziemy tego najznamienitsze potwierdzenie.

Innym wielkim tego okresu – Chaplinowi, Fatty’emu Arbuckle’owi czy Haroldowi Lloydowi – nigdy nie udało się przezwyciężyć hermetycznej konstrukcji slapstickowych fabuł. Przed zapomnieniem skutecznie ratował ich wdzięk, pomysłowość, czasem – jak u Chaplina – melancholia, ale pozbawiona dźwięku taśma filmowa na zawsze uwieczniła ich jako ofiary otaczającej rzeczywistości. Im częściej wtedy upadali, tym większy jest dziś nasz ubaw. Schemat slapsticku okazuje się bowiem stosunkowo prosty: bohater wpada w tarapaty, a wszystko wokół sprzysięga się przeciw niemu. Nie liczy się samozaparcie, w łeb biorą najlepsze plany – karty rozdaje ślepy los, rzucając pod nogi coraz większe kłody.

U Keatona tymczasem jest inaczej. Owszem, w „Generale” pech go nie oszczędza, ale każdy jego ruch wydaje się z góry zaplanowany. Tak, jakby on sam rozgryzł i podporządkował sobie otaczającą go przypadkowość zdarzeń; tak jakby faktycznie przybył z odległej przyszłości. Zasady obranej konwencji nie mają dla niego żadnych tajemnic: każde niepowodzenie prowadzi do satysfakcjonującej rehabilitacji, każda przeszkoda okazuje się możliwa do przeskoczenia.

Pościg za uciekającą lokomotywą obfituje dzięki temu w zaskakujące, często mrożące krew w żyłach zwroty akcji. Keaton, niczym szaleniec, skacze między wagonami, przeskakuje z jednego pociągu do drugiego, zaskakując nonszalancją i mnożąc ekwilibrystyczne sztuczki. A wszystko to bez pomocy dublerów – podczas realizacji „Generała” nieokiełznany Buster miał jedną tylko wskazówkę dla ekipy filmowej: kręcić tak długo, aż krzyknie „cięcie!” lub… zginie pod kołami rozpędzonej maszyny.

To poświęcenie dzisiaj wciąż procentuje. Niektóre sceny filmu Keatona ekscytują bardziej niż ultranowoczesny „Niepowstrzymany”. Co zagrało? Przede wszystkim precyzja. Inscenizacyjny rozmach („Generał” miał jeden z największych budżetów lat dwudziestych) idealnie koresponduje tu z brawurą: w najbardziej spektakularnej scenie lokomotywa spada z płonącego mostu do rzeki. Bez cięć montażowych, makiet i komputerowych efektów.

Nie to jednak zapada w pamięci przede wszystkim. To bohater: smukły, wiecznie posępny i nieco już dziś zapomniany prorok, którego kariera niecały rok później miała się załamać wskutek problemów z alkoholem i niefortunnego kontraktu ze studiem MGM. Paradoksalnie, człowieka, który okiełznał prawidła filmowej ułudy, zgubiła szara rzeczywistość. Szczęśliwie, pozostawiona przez niego spuścizna na zawsze unieśmiertelniła go jako niezależnego artystę i wielkiego wizjonera niemej ery Hollywoodu. Czapki z głów!

[Piotr Pluciński]

Reklamy
%d blogerów lubi to: