Category Archives: Recenzje

„Generał” w kinach! Recenzja

Gdy przed parunastoma miesiącami w kinach pojawił się „Niepowstrzymany”, publiczność zgodziła się z krytyką: Tony Scott jest jednym z najlepszych rzemieślników w Hollywood. Zasłynął już wprawdzie za sprawą „Top Gun”, „Gliniarza z Beverly Hills 2” czy „Człowieka w ogniu”, ale dopiero film o rozpędzonej lokomotywie należycie przypieczętował jego wcześniejsze sukcesy.

Bo jeśli z pędzącego po szynach pociągu potrafił Scott uczynić emocjonujące widowisko, może to zrobić ze wszystkim innym. Ot, mistrz, kropka. W zachwytach nad „Niepowstrzymanym” zapomniano jednak, że poczciwy Tony nie jest na tym polu żadnym rewolucjonistą. Podobny film nakręcił już 83 lata wcześniej (!) Buster Keaton. I zrobił to w czasach, kiedy publiczność nawet nie marzyła o panoramicznym obrazie, wielokanałowym dźwięku, dynamicznym montażu i komputerowych efektach specjalnych.

„Generał” to film o uciekającym pociągu. Głównemu bohaterowi, maszyniście, skradziono… lokomotywę, tytułowego Generała. Poszkodowany nie daje za wygraną: ściga rabusiów na piechotę, drezyną, na rowerze, a w końcu drugą lokomotywą. Pościg trwa przez cały film (ponad półtorej godziny!), z każdą sekundą stając się jedną z najbardziej złożonych i spektakularnych sekwencji tego typu w historii kina.

Keaton, wybitny aktor komediowy, reżyser i scenarzysta, który przyszedł na świat w tym samym roku, co ruchome obrazy, nigdy nie zdobył popularności na miarę Charliego Chaplina, choć to właśnie jego filmy z dekady na dekadę coraz lepiej opierają się presji przemijającego czasu. Jak napisał o nim przed laty niezastąpiony Roger Ebert, „Keaton to przybysz z przyszłości w świecie niemych klaunów”. W „Generale” znajdziemy tego najznamienitsze potwierdzenie.

Innym wielkim tego okresu – Chaplinowi, Fatty’emu Arbuckle’owi czy Haroldowi Lloydowi – nigdy nie udało się przezwyciężyć hermetycznej konstrukcji slapstickowych fabuł. Przed zapomnieniem skutecznie ratował ich wdzięk, pomysłowość, czasem – jak u Chaplina – melancholia, ale pozbawiona dźwięku taśma filmowa na zawsze uwieczniła ich jako ofiary otaczającej rzeczywistości. Im częściej wtedy upadali, tym większy jest dziś nasz ubaw. Schemat slapsticku okazuje się bowiem stosunkowo prosty: bohater wpada w tarapaty, a wszystko wokół sprzysięga się przeciw niemu. Nie liczy się samozaparcie, w łeb biorą najlepsze plany – karty rozdaje ślepy los, rzucając pod nogi coraz większe kłody.

U Keatona tymczasem jest inaczej. Owszem, w „Generale” pech go nie oszczędza, ale każdy jego ruch wydaje się z góry zaplanowany. Tak, jakby on sam rozgryzł i podporządkował sobie otaczającą go przypadkowość zdarzeń; tak jakby faktycznie przybył z odległej przyszłości. Zasady obranej konwencji nie mają dla niego żadnych tajemnic: każde niepowodzenie prowadzi do satysfakcjonującej rehabilitacji, każda przeszkoda okazuje się możliwa do przeskoczenia.

Pościg za uciekającą lokomotywą obfituje dzięki temu w zaskakujące, często mrożące krew w żyłach zwroty akcji. Keaton, niczym szaleniec, skacze między wagonami, przeskakuje z jednego pociągu do drugiego, zaskakując nonszalancją i mnożąc ekwilibrystyczne sztuczki. A wszystko to bez pomocy dublerów – podczas realizacji „Generała” nieokiełznany Buster miał jedną tylko wskazówkę dla ekipy filmowej: kręcić tak długo, aż krzyknie „cięcie!” lub… zginie pod kołami rozpędzonej maszyny.

To poświęcenie dzisiaj wciąż procentuje. Niektóre sceny filmu Keatona ekscytują bardziej niż ultranowoczesny „Niepowstrzymany”. Co zagrało? Przede wszystkim precyzja. Inscenizacyjny rozmach („Generał” miał jeden z największych budżetów lat dwudziestych) idealnie koresponduje tu z brawurą: w najbardziej spektakularnej scenie lokomotywa spada z płonącego mostu do rzeki. Bez cięć montażowych, makiet i komputerowych efektów.

Nie to jednak zapada w pamięci przede wszystkim. To bohater: smukły, wiecznie posępny i nieco już dziś zapomniany prorok, którego kariera niecały rok później miała się załamać wskutek problemów z alkoholem i niefortunnego kontraktu ze studiem MGM. Paradoksalnie, człowieka, który okiełznał prawidła filmowej ułudy, zgubiła szara rzeczywistość. Szczęśliwie, pozostawiona przez niego spuścizna na zawsze unieśmiertelniła go jako niezależnego artystę i wielkiego wizjonera niemej ery Hollywoodu. Czapki z głów!

[Piotr Pluciński]

Reklamy

Aleksander Ford – polski Elia Kazan

29 września nakładem Wydawnictwa Kino Polska ukazał się box z trzema niepamiętanymi już dziś filmami Aleksandra Forda, reżysera-legendy, twórcy m.in. „Krzyżaków”. W wydanym zestawie znalazła się nieformalna, wojenna trylogia Forda – „Ulica Graniczna” (1948), „Piątka z ulicy Barskiej” (1953) oraz „Pierwszy dzień wolności” (1964) – będąca zarówno potwierdzeniem jego reżyserskiego kunsztu (którego z biegiem lat coraz częściej mu odmawiano), jak i odzwierciedlająca jego prywatne poglądy (których zdawano się nie dostrzegać).

Sam Ford to postać skomplikowana i bardzo niejednoznaczna – wydaje się, że dziś twórczość jego nierozerwalnie związana jest z dramatycznym życiorysem. I, choć wchodzą one – dorobek artystyczny i życiowe koleje – w bardzo bezpośredni konflikt ze sobą, nie można ich już chyba rozpatrywać osobno. Ford zmarł śmiercią samobójczą 4 kwietnia 1980 w Naples na Florydzie, z dala od ojczyzny, wypędzony i znienawidzony, zapomniany jako reżyser, oczerniony jako człowiek. Czy bezpodstawnie? O jego wygnaniu z kraju zdecydowano po wydarzeniach z marca 1968, kiedy to rząd polski prowadził szeroko zakrojoną kampanię antysemicką. Ford, wpływowy Żyd, który jeszcze dziesięć lat wcześniej niepodzielnie rządził polską kinematografią, niemal natychmiast znalazł się na celowniku władz, wspomagany przez pokrzywdzonych przez niego filmowców.

Czy zarzuty sprzyjające jego wydaleniu poza granice kraju były słuszne, czy też nie? Tego być może się już nie dowiemy – opinie historyków i filmoznawców w tym temacie od lat pozostają skrajne. Jedno nie ulega wątpliwości – wydany właśnie box przybliża nam tę jaśniejszą twarz Forda, zarówno jako filmowca, jak i człowieka. I na niej pozwolę sobie poprzestać.

Pierwszy kontakt z wczesnymi dokonaniami Aleksandra Forda może robić wrażenie. Nienaganna, bardzo sugestywna narracja, wprawna ręka, śmiałe społeczne obserwacje i niezwykłe oko do aktorów – to wysuwa się na pierwszy plan. Ford był perfekcjonistą – przynajmniej w takim stopniu, w jakim pozwalała mu na to powojenna rzeczywistość. Nawet jeśli jego filmy zawierały treści propagandowe, jak „Piątka…”, czy ubogą scenografię, jak „Ulica…”, zawsze pozostawały doskonałe pod względem formalnym. Nie ma wątpliwości – przy odrobinie samozaparcia Ford mógłby – jako jeden z nielicznych naszych reżyserów tego okresu – zrobić karierę w Hollywood.

Miał ku temu idealne predyspozycje, czemu sprzyjała zresztą opinia filmowca-tyrana, zrozumienie dla eksploatacyjnych systemów produkcyjnych czy motywowana żydowskim pochodzeniem biografia, która wielu uchodźcom z Europy Wschodniej pomogła za Oceanem przepracować własne traumy i osiągnąć dzięki nim sukces artystyczny. Co więcej, Ford dostał nawet propozycję wyreżyserowania w USA swojego hollywoodzkiego debiutu, ale ostatecznie nie porozumiał się w zakresie przysługującego mu wynagrodzenia, więc wytwórnia znalazła kogoś innego.

Niestety, nie licząc krótkiego i dziś praktycznie nieznanego szerszej publiczności epizodu ze schyłku jego kariery, Ford do ostatnich dni pozostał twórcą lokalnym, kojarzonym przede wszystkim z sukcesem frekwencyjnym „Krzyżaków”. Tymczasem to właśnie zawartej na dyskach powyższego zestawu trylogii wypada przyjrzeć się w pierwszej kolejności. Filmy te nie tylko dowodzą reżyserskiego sznytu Forda, ale są też swoistym ewenementem w powojennej kinematografii polskiej. Autor śmiało rozlicza się tu z mitami II Wojny Światowej, wytykając rodakom antysemityzm, a nierzadko portretując ich jako żałosnych donosicieli, wichrzycieli i obłudnych karierowiczów.

I choć tylko jeden z tych filmów – „Pierwszy dzień wolności”, opowiadający o wracających z frontu żołnierzach polskich, którzy gwałcą niemiecką dziewczynę – nazwać można artystycznie i technicznie spełnionym, to każdy z nich zasługuje na osobną uwagę. Zwłaszcza dziś, gdy „Róża” Wojciecha Smarzowskiego wzbudza kontrowersje, a PISF nie chce przyznać dofinansowania na filmy o Jedwabnem i Polakach kolaborujących z Niemcami, wczesne dokonania Forda są jak zimny prysznic, przypominający, że już w komunistycznej Polsce (!) próbował się z tymi zagadnieniami rozliczać ów niepokorny Żyd, aparatczyk i sługus partii, jak go w latach przed jego wygnaniem coraz częściej określano, ten sam, który za swoje filmy wyróżniany był w Berlinie, Wenecji i Cannes.

***

Na koniec polecam trzy teksty przybliżające biografię i dorobek reżysera:

Artysta, car, pan pułkownik Stanisława Janickiego
Obywatel Ford. Władca polskiego kina Patryka Juchniewicza
Politically Involved Filmmaker (ang.) Anny Misiak

Znak0mitym dodatkiem jest także niemal godzinny dokument „Kochany i nienawidzony” Janickiego, który znajdziecie na jednej z płyt opisanego powyżej wydania.

[Piotr Pluciński]

Otagowane

Film tygodnia – Daleko od nieba [8/10]

Spośród wszystkich współczesnych prób odtworzenia stylu klasycznego Hollywood, „Daleko od nieba” Todda Haynesa pozostaje tą najbardziej udaną. W 2002 roku amerykański reżyser podjął radykalną decyzję artystyczną – postanowił odnieść się do minionej już epoki w sposób bezpośredni, realizując film za pomocą technik sprzed półwiecza, a jednocześnie wszedł w żywą polemikę z ówczesnymi, co trzeba zaznaczyć – ukształtowanymi przez obowiązujący wtedy kodeks Haysa, zagadnieniami fabularnymi. Powstał w ten sposób film jedyny w swoim rodzaju. Wystarczy jeden rzut oka – są tu statyczne kadry, przeszarżowany dialog i ilustracyjna muzyka Elmera Bernsteina, ale też wątki, które w filmie z lat 50. nie miałyby racji bytu.

„Daleko od nieba” to uwspółcześniona melodrama spod znaku najlepszych dokonań Douglasa Sirka, krytycznego względem amerykańskiego konsumpcjonizmu i kodeksu moralno-obyczajowego autora „Czasu życia i czasu śmierci” czy „Zwierciadła życia”. Haynes złożył mu hołd podwójny – nie tylko uczynił bohaterką swojej opowieści dojrzałą kobietę (w tej roli stworzona do ról z epoki Julianne Moore) zmagającą się z represyjną obyczajowością, co stanowiło oś wielu dokonań Sirka, ale też pieczołowicie odtworzył charakterystyczną dla niego wyrazistą paletę barw, stosując przy tym klasyczne rozwiązania realizatorskie, m.in. specjalne oświetlenie planu czy plansze z tłem zamiast pleneru w scenie z samochodem.

Swego rodzaju nawiązaniem do twórczości Douglasa Sirka jest też sam tytuł, przywodzący na myśl jego „Wszystko, na co niebo zezwala”. Bohaterką tego zapomnianego dziś już filmu z 1955 jest kobieta w średnim wieku, która wdając się w romans z ogrodnikiem, skazuje się na potępienie ze strony lokalnej społeczności. W „Daleko od nieba” sytuacja jest bardzo podobna, ale ciężar wersji Haynesa wyznacza kilka istotnych detali. Bohaterka nie jest wdową, jej mąż odkrywa właśnie swój homoseksualizm, a ogrodnik okazuje się czarny jak smoła.

Efekt jest zabójczy. Taki film nie mógłby powstać przed półwieczem – biuro Haysa i Katolicki Legion Przyzwoitości pocięłyby go na drobne skrawki, a duże studia najpewniej zawsze już patrzyłyby reżyserowi na ręce. Dlatego też te śmiałe, jak na przyjętą estetykę, wtręty fabularne rozsadzają film od środka, wzmagając jego dramaturgiczny trzon.

Obnażając obyczajową obłudę kina klasycznego, Todd Haynes w pewnym sensie… odkrywa Amerykę. I tylko na pozór jest to określenie pejoratywne. Dziś, gdy prawdziwej (czyt. zacofanej, patriarchalnej i rasistowskiej) twarzy amerykańskiego społeczeństwa sprzed półwiecza się już nie pamięta, „Daleko od nieba” stanowi cios w sprzyjającą temu tradycję. Bo Ameryka lat 50. to nie tylko wypielęgnowane ogródki, Cadillaki na podjeździe i pracowite gospodynie. To także czarni ogrodnicy, mężowie-geje i wszechobecna represja.

O wydaniu dvd

Swego czasu film ukazał się w Polsce na dvd nakładem SPI. Wciąż można go kupić na Allegro, nawet za 2zł + wysyłka. To wydanie było golutkie, ja mam kanadyjskie z komentarzem reżysera i ok. 45 minutami materiałów dokumentalnych. Zakładając, że wydanie brytyjskie ma te same suplementy, na Amazonie kupicie je (używane) za jednego pensa.

Tytuł oryginalny: Far From Heaven
Reżyseria: Todd Haynes
Obsada: Julianne Moore, Dennis Quaid, Dennis Haysbert, Patricia Clarkson, Viola Davis
Kraj: USA
Czas trwania: 107 minut

[Piotr Pluciński]

Otagowane , , ,

Spadająca gwiazda. Marilyn Monroe [5/10]

Książek o Marilyn Monroe wydano już bez liku – także w Polsce. Były pośród nich mniej i bardziej udane biografie, zbiory listów (także fikcyjnych!) i poezji, intymne, niepublikowane wcześniej zapiski, szczegółowy zapis terapii psychologicznej, historia romansu z JFK, a nawet dziennikarskie śledztwa usiłujące rozwikłać zagadkę jej śmierci. Dowodzi to jednego – sekrety boskiej MM, dziś w dużej mierze zmitologizowane, wciąż budzą masową ekscytację.

Poniższy komiks w pewnym sensie to potwierdza. 48-stronicowa obrazkowa biografia nie wzbogaca historii Monroe o jakikolwiek nieznany fakt, stanowiąc raczej skrótową broszurkę informacyjną, która przybliżać ma jej postać laikom. Jeśli nie słyszeliście o domniemanym romansie Marilyn z braćmi Kennedy, jej konflikcie z George’em Cukorem czy nieudanym małżeństwie z Arthurem Millerem, znajdziecie tu coś dla Ciebie. Przynajmniej na chwilę, bowiem epizodyczna fabuła efektownie skacze po wybranych, nieprzypadkowych wydarzeniach z życia słynnej blondynki, ale scenarzyści poświęcają im zbyt mało miejsca, by wywrzeć na nas należny impakt.

Cóż z tego, że są tu zwłoki Marilyn okryte kołdrą, wizyta na planie „Skłóconych z życiem” czy nadmorskie spotkanie z Robertem Kennedym, skoro każda ze scen zajmuje 1-2 strony i okraszona jest ilustracyjnymi dialogami… Wyłaniające się z tego założenie – wizja Marilyn jako ambitnej, ale zagubionej dziewczyny w nieprzyjaznym świecie show-biznesu – jest tyleż empatyczne, co… zwyczajnie banalne. To naprawdę już było – nie raz, i nie dwa.

Całości dopełnia archaiczna (jak na dzisiejsze standardy) oprawa wizualna – Polak Zbigniew Kasprzak zdecydował się na mało już popularną metodę malarską, która miast całą opowieść ożywiać, niepotrzebnie sprowadza ją do serii unieruchomionych kadrów. Tymczasem nie od dziś wiadomo, że Monroe to żywioł wciąż nieokiełznany…

Tytuł oryginalny: Shooting Star – Marilyn Monroe
Scenariusz: Jean-Francois Charles i Maryse Charles
Rysunki: Zbigniew Kasprzak
Wydawnictwo: Ongrys
Rok wydania polskiego: październik 2011
Rok wydania oryginału: 2006
Liczba stron: 48

[Piotr Pluciński]

%d blogerów lubi to: